Powered By Blogger

piątek, 6 stycznia 2012

Jak sobie poradzić?

Hmm... to akurat nie jest najprostsze pytanie. Każdy z nas jest inny i indywidualnie podchodzi do swojej odmienności. Ja mogę jedynie wypowiedzieć się na temat tego, co sama przechodzę, ale nigdy nie będę miała prawa mówić za innych - zachęcam więc do pisania.
    Jak sobie radzę? Teraz jestem już dorosłą osobą i inaczej to wszystko traktuję, ale jako dziecko było ciężej. Chciałam wyjść na dwór i bawić się z innymi dziećmi. Jednak zdarzały się sytuacje, że szybko wracałam do domu i udawałam, że rozbolał mnie brzuch, a tak naprawdę któreś z dzieciaków po prostu zaczęło ze mnie drwić. Nigdy nie płakałam przy rówieśnikach, nie pokazywałam tego jak jest mi przykro. Za to później płakałam w kącie, w domowym zaciszu. Dusiłam w sobie negatywne emocje, nie lubiłam się żalić... mimo że byłam dzieckiem, wiedziałam, że mój płacz nic nie zmieni, bo taka się urodziłam i taka pozostanę. Co prawda przeszłam kilka operacji, każdy z tą wadą przechodzi choć dwie - ja miałam ich 6, plus jedna na wyrostek;) ale to mniej ważne. Tak więc, będąc małą dziewczynką nie potrafiłam sobie z tym radzić inaczej, jak tylko zamknąć się w pokoju i płakać... Rozładowywałam smutek i ból, a następnie udawałam, że wszystko jest w porządku. Rodzice przeważnie nie wiedzieli nawet, że płakałam... Może to i nie najlepsze rozwiązanie, bo przez lata kumulowały mi się te negatywne emocje, niczego nie mówiłam, nigdy nie narzekałam, jednak nadszedł moment, w którym byłam już zbyt słaba, aby dalej to w sobie skrywać. Udawałam wiele razy, że jestem chora, że coś mnie boli, żeby tylko nie pójść do szkoły. Opanowałam sztukę udawania różnych chorób do perfekcji, więc mama często pozwalała mi zostać w domu. Jaki był tego efekt? Coraz mniej znajomych, opuściłam się w nauce - bo jak mieć dobre oceny kiedy nie chodzi się do szkoły, prawda? Ale wtedy to nie było dla mnie ważne... Żyłam w tak ogromnym strachu przed pokazywaniem się ludziom, że najważniejsze dla mnie było to, żeby nikt mnie nie widział. Miałam w głowie zakodowane, że jak wyjdę, to na pewno ktoś będzie się ze mnie śmiał.
       Teraz jest inaczej... Jestem jaka jestem i jeżeli ktoś to akceptuje, to bardzo się z tego cieszę, ale jeżeli nie - trudno, świat się przecież nie zawali:) Nikogo na siłę do siebie przekonywać nie muszę. Nadal jestem w trakcie leczenia. Czekam na kolejne operacje - prawdopodobnie jeszcze 3. Dam radę.
Próbuję sobie tłumaczyć, że nic nie różni mnie od innych. Poza tym, że mam mankament urody, który mnie szpeci wszystko inne jest w jak najlepszym porządku. Są różne kosmetyki, które naprawdę pomagają choć trochę zatuszować "niedoskonałości" i choć wiem, że akurat mojej nie da się do końca zakryć, to i tak żyję z przekonaniem, że to nie może mi w niczym przeszkodzić. Ani mi, ani nikomu z was, kto także boryka się ze swoim wyglądem nic nie stoi na przeszkodzie... a ludzie, którzy się śmieją? A niech się śmieją:) Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Nie będziemy przecież tak jak ja kiedyś zamykać się w domu, bo ktoś tam powiedział to czy tamto. Mamy takie samo prawo do zabawy, szczęścia, spacerów i najróżniejszych rzeczy na jakie tylko mamy ochotę jak każdy. Bardzo bym chciała, żebyście wylewali swoje żale, wątpliwości i problemu, bo jeżeli nie będzie się o tym rozmawiać, to nigdy się tego nie przezwycięży. Obiecuję, że w miarę możliwości postaram się porozmawiać i pomóc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz